Niektórzy twierdzą, że nasz majestatyczny Wszechświat, cała materia, wszystkie idealnie współdziałające prawa natury powstały w wyniku niekontrolowanego, przypadkowego Wielkiego Wybuchu, potężnej katastrofy kosmicznej. Nasza doskonała planeta miała przez zupełny przypadek nadać sobie kulisty kształt, znaleźć się w odpowiedniej odległości od Słońca i towarzyszącej jej drugiej planetki – Księżyca – i z doskonałą prędkością wskoczyć na obroty wokół Słońca i własnej osi. Jak to się stało? Podobno nic trudnego – coś przyleciało z kosmosu, uderzyło jedno w drugie i tak się kręci. Idealny przypadek? Konstruktywyny i pozytywny wypadek?

Ten dziwny zbieg okoliczności kilka miliardów lat temu miał utorować drogę do kolejnych przypadków. W przypadkowo odpowiedniej zupie przpadkowo powstają akuratne aminokwasy, które wskutek przypadkowych okoliczności przetrwały zupełnie niekorzystne warunki i jakoś przypadkowo łączą się w DNA, RNA, w mitochondria, reticulum endoplazmatyczne i aparat Golgiego – skomlikowaną komórkę z całym bogactwem funkcji życiowych. A wszystko to wskutek wyładowań atmosferycznych – akurat potrzebnej wtedy katastrofy. To jeszcze nic. Ponieważ z odkryć Mendla, Cricka i Watsona wynika, że geny przekazują nam plan działania w obrębie gatunku, więc paru geniuszy wymyśliło, że tę jedną, jedyną komóreczkę (lub jej identyczne – inaczej być nie mogło – potomstwo) dosięgło szereg plag genetycznych, zjawisk sensu stricte katastroficznych, mianowicie mutacji. To nic, że prawa Mendla i podstawy genetyki wykluczają możliwość powstania nowych cech (nie mówiąc o gatunku!) z powodu popsucia się genów jednego, lub nawet dwojga z rodziców. To nic, że takich przypadkowych zbiegów okoliczności musiałyby być miliardy pod rząd. To nic, że nigdy mutacje nie doprowadzają do rozwoju populacji organizmów. To nic, że zapis kopalny zupełnie pozbawiony jest zmutowanych gatunków. Panowie neodarwiniści tak wierzą w swoją katastroficzną teorię powstawania nowych gatunków w wyniku mutacji genetycznych, że zupełnie pomijają te szczegóły. A jednak pozostaje nam zdrowy rozsądek. Spójrz na zdjęcie powyżej. Skąd się wzięliśmy? Zaprojektowanie i stworzenie, czy przypadek i niekontrolowany zbieg okoliczności?
Biolog Edwin Conklin powiedział trafnie: „Prawdopodobieństwo przypadkowego powstania życia można przyrównać do prawdopodobieństwa powstania obszernego słownika w wyniku eksplozji w drukarni”. Zaś Francis Crick, współodkrywca DNA i laureat Nagrody Nobla zauważył: “Człowiek uczciwy, uzbrojony w całą dostępną dziś wiedzę, może jedynie stwierdzić, że początek życia zdaje się graniczyć z cudem”. Na temat teorii mutacji genetycznych, które rzekomo stanowią podstawę ewolucji znany genetyk-ewolucjonista Theodosius Dobzhansky, powiedział uczciwie: „Trudno się spodziewać, żeby jakieś precyzyjne urządzenie zostało ulepszone przez przypadkową, niespodziewaną zmianę. Wepchnięcie kija w mechanizm zegarka czy aparaturę radioodbiornika rzadko kiedy poprawi jego działanie”. Słuszne to słowa.
Od wieków ludzie, którzy wierzyli w stwarzanie rozumowali następująco: “Każdy dom jest przez kogoś zbudowany, ale tym, który zbudował wszystko, jest Bóg” (Hebrajczyków 3:4). Stwarzanie nie miało nic wspólnego z przypadkiem.



Uważam, że to nie przypadek. Natomiast nie nazwałbym ewolucji mitem. Wszak ciąg “przypadków” może być celowym i niejako zaprogramowanym działaniem Boga. Teoria ewolucji nie stoi w sprzeczności z wiarą i jest uznawana przez Kościół.
Piszesz o rzekomej przypadkowości wielkiego wybuchu. A skąd materia do tego wybuchu?
Moje przemyslenia na ten temat jak również o niemozności powstania swiata bez Boga znajdziesz tutaj:
http://teista.wordpress.com/2009/02/07/pierwszy-nieporuszony-poruszyciel/
Zapraszam.
Masz rację pisząc, że nie ma skutku bez przyczyny. Jednak wszechświat jest zbyt skomplikowany i zbyt “ułożony”, by jego początkiem było coś na kształt wybuchu. Poza tym, jakie właściwie milibyśmy mieć dowody, że taki wybuch nastąpił? Teoria Big Bangu jest przeniesieniem teorii ewolucji na grunt astronomii, w końcu musi być “jakaś” choćby hipoteza, na którą mogliby się powoływać ateiści i materialiści.
Jeśli chodzi o teorię ewolucji organizmów na Ziemi. Pewnie, że teoretycznie jest możliwe, że Bóg mógłby się posłużyć jakimś procesem przekształcania jednego rodzaju w drugi. Z tym, że 1) na ewolucję nie ma tak na prawdę żadnych dowodów 2) Biblia przedstawia proces stworzenia bardzo jasno i zupełnie inaczej.
Trochę już o tym pisałem i jeszcze będę te tezy rozwijał. Zapraszam do przeczytania wszystkich postów, podałem również sporo linków i tytułów książek, a to dopiero początki bloga. Natomiast fakt, że Kościół popiera ewolucję, świadczy raczej na niekorzyść Kościoła niż na korzyść ewolucji.
Na początku chciałbym sie odnieść do tego: “Biblia przedstawia proces stworzenia bardzo jasno i zupełnie inaczej.” – Przypuszczam, że chodzi ci o fragment z księgi Rodzaju. Rozumiem, że proponujesz dosłowną interpretaję tekstu. Wydaje się, że sprawa nie jest taka prosta. Fragment ten jest mocno alegoryczny. Przedstawia stworzenie świata ex nihilo oraz pokazuje dobroć i doskonałość Boga przejawiającą się poprzez Jego dzieła. Co do alegorycznej interpretacji Pisma (a zwłaszcza Starego Testamentu) nie ma chyba wątpliwości. A metoda ta znana jest od ponad 2000 lat, począwszy od żydów aleksandryjskich z Arystobulosem i Filonem na czele i upowszechniona w świecie chrześcijańskim przez św. Augustyna.
A jeśli chodzi o wielki wybuch to ja raczej nie zastanawiałbym się nad tym czy był, bo to bardzo prawdopodobne, ale co było przed nim – wszak nie mogło wybuchnąć “nic”, lecz cos co zostało juz uprzednio przez Kogoś stworzone. I to jest dla mnie dowód na istnienie Boga (jeden z wielu).
“(…)wszechświat jest zbyt skomplikowany i zbyt “ułożony”, by jego początkiem było coś na kształt wybuchu” – dlaczego? To całkiem spójna teoria – że Bóg poprzez wielki wybuch i ewolucję dokonał dzieła stworzenia.
Oczywiście, że nie zgadzam się z tym, że Biblię należy traktować jako alegorię (czyli baśń, mit, legendę, fikcyjną opowieść). Jest chyba na to zbyt obszerna
Metody filozofów próbujących połączyć pogański neoplatonizm z przekazem biblijnym to dla mnie zupełne odstępstwo od jej przesłania. Nie chcę ich osądzać, zrobi to Ktoś inny…
Biblię należy rozumieć tak, jak została napisana: jeśli mówi w przenośni (np. w Psalmach, Księdze Przysłów, proroctwach, Apokalipsie), to należy te fragmenty czytać niedosłownie. Np. Jezus niekoniecznie powróci na białym koniu, ale na pewno powróci. Natomiast księgi historyczne należy czytać jako sprawozdania historyczne, więc zgodne z prawdą, która miała miejsce. Księga Rodzaju mówi o osobach, wydarzeniach i miejscach historycznych. Nie wyobrażam sobie, czy ktokolwiek mógłby dziś rozumieć postać Abrahama z Ur, Izaaka czy Jakuba i jego synów w sposób alegoryczny. Może na początku XIX wieku, ale nie dziś, po tylu odkryciach archeologicznych. Podobnie postaciami historycznymi byli poprzednicy Abrahama: Noe, Henoch, Abel czy Adam i Ewa. Wydarzeniami historycznymi były budowa wieży Babel, potop i śmierć Abla z rąk Kaina. Ich autentyczność potwierdza wiele miejsc Nowego Testamentu. Jeśli to wszystko miałyby być alegorie (więc bajki!), to rodzi się kilka pytań: W którym miejscu przebiega granica pomiędzy historią biblijną a alegorią? Gdzie Biblia nas upoważnia do takiego rozumienia Księgi Rodzaju? Kto o tym decyduje? Gdzie w Biblii znajduje się wytłumaczenie tych alegorii? Alegorią czego był Adam? Hominidów, australopiteków? Alegorią czego był Abraham, Dawid, Salomon, Ezechiasz i państwo Izrael? Jak rozumieć liczne wzmianki Jezusa, Pawła i innych, że Adam był pierwszym człowiekiem? Dlaczego Jezus nie powiedział prawdy? Dlaczego Bóg przekazując prawdę o sobie posłużył się kłamstwem, mitem? Czy Bóg może kłamać? Czy Ojciec, który okłamuje dzieci może być miłością? Czy Bóg jest na tyle mało inteligentny i mądry, by nie umieć przekazać jasno i klarownie ludziom prawdy? Wreszcie najważniejsze: skoro Adam i jego bunt był alegorią czegośtam, to w jakim celu Jezus umarł za nas wszystkich? Czy śmierć Jezusa też jest alegorią? Chyba trochę tego za dużo.
Rozumiem, że ktoś mógłby zaprzeczać Biblii i przekonywać o ewolucji, ale próba połączenia tych dwóch koncepcji to zupełne nieporozumienie. Równie dobrze można by próbować udowodnić, że Biblia popiera teorię Daenikena lub teorię o Atlantydzie.
Kwestia nie w tym, jak mogło być, ale jak było.
“Jednak wszechświat jest zbyt skomplikowany i zbyt “ułożony”, by jego początkiem było coś na kształt wybuchu.”
Termin “big bang” zostal ukuty nieszczesliwie, w czasach, gdy o naturze tego zjawiska niewiele wiedziano. Z czasem ustalono (oczywiscie czysto teoretycznie), ze ‘big bang’ nie przypominal wybuchu, a jedna z pierwszych faz rozwoju wszechswiata byla era inflacji – nie byl to tyle wybuch, co rozciagniecie materii i energii w przesztrzeni.
Jakby ktos rozpostarl gwiazdy na niebosklonie.
>>Na temat teorii mutacji genetycznych, które rzekomo stanowią podstawę ewolucji znany genetyk-ewolucjonista Theodosius Dobzhansky, powiedział uczciwie: „Trudno się spodziewać, żeby jakieś precyzyjne urządzenie zostało ulepszone przez przypadkową, niespodziewaną zmianę. Wepchnięcie kija w mechanizm zegarka czy aparaturę radioodbiornika rzadko kiedy poprawi jego działanie”. Słuszne to słowa.<<
Błędne to słowa – aby nie szukać daleko, projektowanie rozmieszczenia tranzystorów w procesorach jest dokonywane algorytmami ewolucyjnymi, tak by zoptymalizować rozmiar, długość ścieżek, itp. Jak widać nawet nobliści się czasami mylą
@ Observer
W przykładzie nawiązującym do teorii mutacji genetycznych jako podstaw przemian ewolucyjnych chodzi o przypadkowe, niezamierzone, niezaplanowane i niekontrolowane przez nikogo uszkodzenia genów, które rzekomo miałyby torować drogę do zmian w ogranizmach. Natomiast Ty sam piszesz o “projektowaniu” rozmieszczenia tranzystorów. Ja też uważam, że zmiany w kolejnych stwarzanych organizmach były zaprojektowane.
“W przykładzie nawiązującym do teorii mutacji genetycznych jako podstaw przemian ewolucyjnych chodzi o przypadkowe, niezamierzone, niezaplanowane i niekontrolowane przez nikogo uszkodzenia genów, które rzekomo miałyby torować drogę do zmian w ogranizmach. Natomiast Ty sam piszesz o “projektowaniu” rozmieszczenia tranzystorów.”
Teraz już bawisz się w semantykę. To “projektowanie” polega właśnie na “próbowaniu” przypadkowych rozmieszczeń tranzystorów. Nie jest to “projektowanie” w sensie boskim, przypomina raczej hodowlę, czyli sztuczną ewolucję kierunkowaną przez człowieka.